ŁAGODNA (1995, reż. Mariusz Treliński)

Lagodna

Nie mieli imion i nazwisk. Nie zostały one wymienione. Fiodor Dostojewski nie zawracał sobie głowy takimi detalami. W 1876 zależało mu na pokazaniu mężczyzny i kobiety, a ściślej rzecz ujmując starca i dziewczyny. Na piśmie nie jest to może jakaś szczególnie w oczy koląca różnica, ale w prawdziwym życiu jest inaczej. Zwłaszcza, kiedy starzec i dziewczyna stają na ślubnym kobiercu i obiecują sobie dozgonną miłość. Tragizm całej sytuacji polega na tym, że słowo „dozgonna” ma tutaj znaczenie kolosalne, ale jest dopiero skutkiem, szczytem góry lodowej, która znajduje się między dwoma przeciwstawnymi bytami. Finał konfrontacji obu różnych istnień nie będzie optymistyczny. Wzajemne nieporozumienia sprawiają wrażenie błahych i może nie byłyby tak dotkliwe, gdyby ich dramatyzm nie był potęgowany przez klimat, który stworzył Mariusz Treliński w adaptacji opowiadania Fiodora Dostojewskiego z 1995.

Ależ ten film jest brzydki! Tfu! Jakie te wszystkie pomieszczenia są wstrętne! Aż się chce krzyknąć: „No tak! Cała Rosja! Już w XIX wieku ten kraj był nędzny i straszny! Co za horror!”. Film rozpoczyna ujęcie męża (granego przez Janusza Gajosa), który śmieje się histerycznie, gładząc dłonią twarz młodziutkiej żony (Dominika Ostałowska). Trudno się dziwić, że wygląda jak niezrównoważony, kiedy się popatrzy na ekranową scenografię. Wtedy do głowy przychodzi smutna myśl, że ciężko jest nie zwariować, gdy mieszka się w obskurnych, dusznych, wilgotnych i brudnych pokojach, jakie znajdują się w domostwie męża. Widz sam zaczyna się śmiać, kiedy ma okazję do wysłuchać mężowski miniwykład o tym, że należy prowadzić oszczędny tryb życia. Zaraz potem śmiech zamiera, kiedy uzmysłowimy sobie, że przecież z takim „ascetą” będzie żyć dziewczyna z wiekiem około dwudziestu lat.

Podlotek przeważnie milczy. Ciszy nauczyło go życie z dwoma ciotkami, które nie uosabiają raczej najjaśniejszych stron rosyjskiej duszy. Jedną gra Krystyna Rutkowska-Ulewicz, drugą natomiast – Krystyna Feldman, która często obsadzana była w rolach kobiet będących zaprzeczeniem przymiotnika w tytule utworu Dostojewskiego. Nietrudno jest więc sobie wyobrazić przeszłość dziewczyny, o której losach dowiadujemy się również od pełnej współczucia służącej (Danuta Stenka). Panna „Łagodna” poznaje swą drugą połowę w mało romantycznych okolicznościach: zjawia się w lombardzie, aby załatwić sprawę z jakimś tam przedmiotem, a w budynku pracuje jej przyszły „wybawca”. Mija trochę czasu i postanawiają się związać, ale jakoś nie wypada to wiarygodnie – oboje wydają się być nie do końca ufni, jakby między nimi znajdowała się ściana z wyjątkowo twardego, niemożliwego do przebicia lodu, przez który mogą tylko spoglądać na siebie w milczeniu, przerywanym mrukliwymi tyradami zblazowanego męża, który dość niedbale i nieudolnie próbuje zapewnić swą małżonkę o własnej atrakcyjności (w takich wypowiedziach jak „jestem niebrzydki” czuć trochę gorzkiego komizmu).

W miarę rozwoju akcji obserwujemy swoisty pojedynek tych dwu dusz. Mariusz Treliński pozostał wierny treści opowiadania Dostojewskiego, odczytując jego sens za pomocą dyskretnej ilustracji. O ile w utworze rosyjskiego pisarza mieliśmy do czynienia z obszernym retrospekcyjnym monologiem, tutaj został on zastąpiony kadrami pełnymi malarskich ujęć i niezwykle subtelnej gry aktorskiej. Oszczędny naturalizm może nieraz budzić grozę – widok martwego ciała, po którym beztrosko przechadzają się muchy, przywodził na myśl odwieczną refleksję o marności i przemijaniu świata. W każdej sekundzie filmu ukryty jest wielki ładunek emocjonalny, co widzimy np. w scenie fascynacji męża, spoglądającego na rozbierającą się żonę zza szpary między drzwiami. Reżyser nie wahał się też skorzystać z innego motywu, jakim był „theatrum mundi” – a pokazane w filmie lalkowe przedstawienie było… naprawdę piękne!

Janusz Gajos nie miał żadnych problemów z wcieleniem się w rolę bezimiennego bohatera opowiadania, miał on bowiem doświadczenie w graniu zmęczonych życiem postaci, które musiały zmagać się w przeszłości z konsekwencjami swoich wyborów moralnych. Ta rola stanowiła potwierdzenie jego ogromnego, sprawdzonego już po wielokroć talentu. Dominika Ostałowska poradziła sobie idealnie z rolą postaci tytułowej, a kto wie czy nie miała trudniejszego zadania niż Gajos – niełatwo było przecież przekazać bogactwo uczuciowej palety, której odcieniami mienił się umysł i serce młodej bohaterki. Dwóm paniom Krystynom udało się przekonująco oddać charakter swoich surowych i pragmatycznych, choć nieodrażających ciotek, podobnie jak Jerzemu Nowakowi w roli niezbyt przystojnego zalotnika. A skoro mowa o absztyfikantach, to na uwagę zasługuje także Jan Frycz w roli uwodziciela z wojska oraz Danuta Stenka w roli troskliwej pomocy domowej. To prawie cała obsada, nie licząc Jana Peszka w epizodycznej roli lekarza.

Podsumowując, „Łagodna” Mariusza Trelińskiego to znakomita ekranizacja, która może przypominać tradycyjny spektakl teatralny, ale potrafi przy tym wydobyć z opowiadania ogół złożonych relacji psychologicznych bohaterów, uzupełniając je o artystyczny komentarz w postaci pozornego minimalizmu. Warto przeczytać opowiadanie z 1876, a następnie zapoznać się z jego interpretacją z wieku następnego (nie jedyną zresztą – polecam także ekranizację Piotra Dumały, który użył krańcowo odmiennych środków do przedstawienia tej historii).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *