ZANUSSI SIĘ NA JESZCZE JEDEN FILM – OBCE CIAŁO (2014)

Krzysztof Zanussi był jednym z najwybitniejszych polskich reżyserów XX wieku, jednak XXI jego twórczość zaczęła przejawiać oznaki kryzysu. Po 2000 stworzył słabszy interquel „Życia jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową” i chociaż „Persona non grata” była filmem dobrym, to „Sercem na dłoni” zaliczył spektakularny spadek formy. W 2014 Zanussi wyreżyserował ostatni jak na razie film – „Obce ciało”, który wśród krytyków i publiczności poniósł porażkę, uwieńczoną zdobyciem Węża w kategorii najgorszego filmu. Te wszystkie czynniki sprawiły, że podchodziłem do tego filmu z wielką rezerwą i początkowo moje złe przeczucia się potwierdzały… ale im dłużej oglądałem film, tym bardziej nabierałem przekonania, że reakcje na „Obce ciało” były zdecydowanie przesadzone. Po obejrzeniu go byłem zaskoczony, kiedy czytałem opinie z różnych komentarzy i artykułów zamieszczonych w internecie, w których dopatrywano się jakichś ideologicznych przesłanek w postaci antyfeminizmu czy antykomunizmu. Zarzucano też reżyserowi, że w swej opowieści pozwolił sobie na nachalne moralizatorstwo i stereotypowe przedstawienie postaci. Moim zdaniem nie do końca słusznie.

W „Obcym ciele” Zanussi postanowił zmierzyć się z problemem wierności własnym ideałom w świecie, w którym priorytetem jest zdobywanie egoistycznej przyjemności (często kosztem innych ludzi). Po raz kolejny głównym bohaterem stał się młody włoski mężczyzna, który pragnie kierować się w swym postępowaniu chrześcijańskimi zasadami, lecz to właśnie one wywracają jego życie do góry nogami, kiedy jego dziewczyna… postanawia wstąpić do klasztoru, bowiem odczuwa powołanie do służby Bogu. Wraca ona do swej ojczyzny, Polski, aby tam rozpocząć nowicjat, jednak chłopak podąża za nią, mając nadzieję, że uda mu się w ciągu roku namówić ją do zmiany planów. Przez ten czas podejmuje pracę w warszawskiej korporacji, nie spodziewając się, że ściągnie na siebie kłopoty, bowiem jego osobą zaczyna interesować się szefowa przedsiębiorstwa.

Przyznam, że wiele elementów zawartych w tym filmie budziło u mnie mieszane uczucia. Nie spodobało mi się ponowne nazwanie jednego z bohaterów Angelo. W „Sercu na dłoni” miało to swój ironiczny urok, bowiem nosił je ochroniarz, którego zadaniem było dopilnowanie, by zrozpaczony młodzieniec… popełnił samobójstwo. Tutaj jednak nosi je główny bohater, co narzuca nam dość karkołomne, mało wyszukane skojarzenie. Niekiedy dialogi brzmią ciężko, a aktorstwo w niektórych wypadkach pozostawia wiele do życzenia (np. początkowa rozmowa Kasi – ukochanej Angelo – z jej ojcem). Rozczarowała mnie też lekko warstwa muzyczna. Wojciech Kilar nie żył już wówczas i Zanussi nie mógł swoim zwyczajem zaprosić go do współpracy, więc wykorzystano utwory z poprzednich filmów reżysera, a także z opus magnum Krzysztofa Kieślowskiego. Jeśli czytaliście mój ranking utworów Kilara, to pewnie zastanawiacie się, co złego widzę w motywie przewodnim z „Przypadku”? Nic poza tym, że jest on puszczany tak wiele razy, że w pewnym momencie powoduje irytację, a w moim przypadku prowokowało to pytanie: „Dlaczego tylko muzyka z tego filmu, a nie z wielu innych? Przecież można było użyć także arcydzieł z filmów „Życie za życie. Maksymilian Kolbe” oraz „Brat naszego Boga” albo „Śmierci jak kromka chleba”!

Mimo wyżej wymienionych niedoskonałości będę jednak bronił „Obcego ciała”, gdyż nie uważam, by reżyser przedstawił – jak mu się to często zarzuca – odrealniony obraz świata. Równie dobrze można zarzucić „Barwom ochronnym” nierealność ze względu na postać graną przez Zbigniewa Zapasiewicza – och, przecież to niemożliwe, by mogli istnieć ludzie tak pozbawieni kręgosłupa moralnego, jak on! Zanussi podjął w najnowszym filmie tematykę zbliżoną właśnie do „Barw ochronnych” – tutaj również mamy do czynienia z człowiekiem, który będzie musiał stoczyć ciężką walkę w obronie własnych wartości, podczas gdy negatywnym bohaterem jest postać, która nie uznaje żadnych norm i uważa, że są one po to, by wyciągać dla siebie jak największe korzyści. W „Obcym ciele” jest nim Kris Nilska, zagrana niezwykle przekonująco przez Agnieszkę Grochowską, która przedtem szlifowała swój talent m.in. w „Wałęsie. Człowieku z nadziei” w roli żony tytułowego bohatera. Tutaj wcieliła się w zgorzkniałą bizneswoman, która pod płaszczykiem cynicznej i wyrachowanej kobiety sukcesu próbuje ukryć przed światem swą frustrację i poczucie bezsilności spowodowane głównie przez winy swojej matki.

Kris Nilska to kobieta, która nie potrafi poradzić sobie z brakiem pozytywnych relacji między nią a rodzicielką, będącą w latach 50. i 60. prokurator biorącą udział w politycznych procesach skazujących przeciwników władzy PRL-u. Bycie „resortową córką” kładzie się cieniem na osobowości Nilskiej, która usiłuje bronić czci zarówno matczynej, jak i swojej, m.in. uniemożliwiając dziennikarzom publikowania niewygodnych faktów na temat życia i działalności zagorzałej niegdyś stalinistki. Nie potrafię pojąć, skąd wzięła się krytyka scen erotycznych (notabene dość powściągliwych), w których Kris używa pejcza do zabaw ze swymi kochankami – moim zdaniem ten zabieg podkreślił fakt, że Kris Nilska usiłowała zagłuszyć uczucie wewnętrznej pustki poprzez udawanie takiej „królowej seksu”. W ogóle mam wrażenie, że filmy, które biorą na warsztat problem seksualności, są w Polsce oceniane strasznie nisko, a takim reżyserkom jak Szumowska czy Holland zarzuca się, że umieszczają niepotrzebne „śmiałe” sceny. „Bez wstydu”, „W imię”, „Sponsoring” to dzieła uważane za nieudane, za to np. bezpretensjonalna rozrywka w stylu „Och, Karol” to podobno dzieło kultowe…

Wracając jednak do tematu, warta zapamiętania jest scena, w której Kris razem ze swą wspólniczką Mirą Tkacz bawi się orderami swojej matki. Czyż może istnieć lepszy symbol tego, jak młodsze pokolenia traktują dorobek starszych? Poza tym scena ta przypomniała mi zrecenzowanego ongiś przeze mnie rodzimego zdobywcę Oscara, w którym młodziutka nowicjuszka po śmierci bliskiej krewnej używa jej rzeczy, aby… no właśnie, dlaczego? Przypomniała mi się scena z „Katynia”, w której jedna z bohaterek zakłada perukę z włosów innej kobiety, przez co – jak zasugerowano – stała się bezpośrednią dziedziczką losu poprzedniej właścicielki. A może chodziło tu o pesymistyczny komentarz, według którego Kris została odznaczona za swą „jedynie słuszną postawę”, jaką było uparte prowadzenie kampanii intryg przeciwko Angelo? Moim zdaniem kreacja Grochowskiej jest tym, co utrzymuje fabułę filmu, reszta postaci bowiem nie została napisana zbyt interesująco a ich wątki jakoś niespecjalnie się ze sobą łączą. Nie wiem, jaki sens dla filmu miała historia mężczyzny żebrzącego pod Pałacem Kultury i Nauki oraz niepełnosprawnego (albo mężczyzny z chorym sercem – nie pamiętam dokładnie, w każdym razie był podłączony do respiratora). Bez pomysłu poprowadzono też wątek wstępującej do zakonu Kasi, zaś postać Angelo od biedy mogłaby się obronić, ale w porównaniu z rolą Grochowskiej wypadła mało ciekawie.

Podsumowując, „Obce ciało” to znaczna poprawa po „Sercu na dłoni”, ale nie jest ono wystarczająco satysfakcjonującym dziełem, aby uznać je za w pełni udane. Artystyczne i warsztatowe słabości w pewnym stopniu psują tę dającą wiele do myślenia historię…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *