WAJDY ALLEN, CZYLI „POLOWANIE NA MUCHY”

PolowanieNaMuchy

Myśli ponure jak muchy noc całą nie dają spokoju:
męczą, kąsają i krążą, nad głową mą biedną się roją!
Jedną odpędzisz, już druga zatapia ci w serce żegadła, –
życie wspominasz i młodość, co tak ci bezpłodnie przepadła!
Pragniesz zapomnieć – daremnie, bo kochasz wciąż mocniej, boleśniej…
Niechby raz noc już wieczysta, noc, której się nigdy nie prześni!

(Aleksiej Apuchtin, „Muchy”, tłum. K. A. Jaworski, cyt. za: „Kamena” nr 4 (34), grudzień 1936, s. 95.)

Oto problem współczesnego mężczyzny – niemożność osobistego spełnienia w swym powołaniu. Mieszkający z rodziną w hałaśliwym, zatłoczonym mieszkaniu Włodek ma sporo kłopotów, jeśli chodzi o swoje życie zawodowe – po 5 semestrach studiów został w 1955 zawieszony podobno z powodu żarciku porównawczego odnośnie Szekspira i Gribojedowa, dlatego robi, co może, aby samodzielnie tłumaczyć wyjątki z literatury kraju Lenina i Stalina… ups, przepraszam, chciałem powiedzieć – ojczyzny takich parnasistów, jak Aleksander Myszkin, Nikołaj Zozol (autor recenzowanej przeze mnie tragedii pt. „Telewizor”), Lew Dostoj i Fiodor Tołstojewski. Życie rodzinne nie jest może tragiczne, ale też do idyllicznych nie należy – non stop lecą tam programy przyrodnicze, które ojciec-fanatyk ogląda z taką pasją, jak ja filmy historyczne i kostiumowe (niech żyją czterej muszkieterowie!!!). Matka jak to matka – próbuje jakoś opanować ten cały bałagan, rzucając od czas do czasu grymasem niezadowolenia. Żona wymaga od męża wsparcia w zapewnieniu przyszłości ich dziecku płci męskiej, które wykuło na pamięć całą odyseję wojenną dziadka, który np. rozgromił potężny oddział niemiecki, bombardując ich skrzynką granatów po tym, kiedy usłyszane pierdnięcie skojarzyło mu się z odgłosem karabinu… W porównaniu z nim Józef Szwejk, Franek Dolas, Jan (Stefan) Kania, a nawet Papkin, to maminsykowate wagabundy pokroju włóczykija z „Muminków”.

„Polowanie na muchy” miałem przyjemność obejrzeć po „Zagraj to jeszcze raz, Sam” – amerykańskiej ekranizacji sztuki Woody’ego Allena (z nim samym w roli głównej) z 1972, co pozwoliło mi wczuć się w „te klimaty”, bowiem w obu filmach (a także w wielu innych dziełach Allena) mamy do czynienia z wiwisekcją życia emocjonalnego sfrustrowanego humanisty w dość groteskowym wydaniu. Wajdowski bohater miał jednak więcej szczęścia, niż Allan Allena, bo nie musiał długo szukać miłości, ba – wręcz sama do niego przyszła i to jeszcze z taką wielką chęcią, z takim megazainteresowaniem, że tylko osobnik o psychologii Żorża Ponimirskiego mógłby zakrzyknąć za Wieszczem: „Precz z moich oczu, precz z mego serca, precz z mej pamięci!”. Na imię jej Irena i kończy polonistykę, co stanowi krwiście jaskrawy kontrast dla curriculum Włodae – polonistyka versus rusycystyka. To wszystko gwarantuje widzowi 104 minuty wypełnionych słodko-gorzką psychodelią z odcieniami dekadentyzmu, hedonizmu i romantyzmu… w przypadku którego Wajda nie byłby chyba sobą, gdyby nie pastwił się nad tym przejawem ducha polskiego, dlatego z lubością się do niego odnosi, czasami wybiegając nawet w przyszłość – widoczne przed jedną z łóżkowych scen pawie pióra wystąpią przecież w „Weselu” (nie mówiąc już o motywie zbiorowego tańca).

W dodatku odtwarzający główną rolę Zygmunt Malanowicz miał kilka lat później wystąpić w roli Jarosława Dąbrowskiego w „Jarosławie Dąbrowskim”, co tylko powiększyło rozdźwięk między wizerunkiem „prawdziwego mężczyzny” a nieudacznikiem miotającym się w mękach „Weltschmerzu”, jakim jawi się Włodek. Aktor wcielający się w jego postać miał aparycję „twardszego Olgierda Łukaszewicza”, która niewątpliwie pomogła Malanowiczowi w stworzeniu kreacji balansującej na granicy szaleństwa i tragikomizmu. Szczególnie widoczne było to w scenie „zezwierzęcenia”, w której zaczął wywijać dzikie hołubce po uprzednim rozbiciu na głowie lichego kubka, co doprowadziło jego partnerkę do lekkiej konsternacji. Skoro już dotarliśmy do sylwetki Mantiswoman (znalazłem też inne tłumaczenie słowa „modliszka”, bliższe sednu istoty i budzące większe dreszcze, niż te z filmu z Marczewskiego – „maneater”). Cieszę się, że już kończę czytać „Lalkę”, bo będę mógł zapoznać się z serialem, w którym Małgorzata Braunek gra inną „zjadaczkę mężczyzn” – Izabelę Łęcką. Bo „Polowanie na muchy” to film, który sprawił, że chciałbym zobaczyć tę wspaniałą aktorkę w innych filmach. Już sam jej „uśmiech zębiczny” (cytując tytuł etiudy Romana Polańskiego) wystarczył, aby mnie zaintrygować i utrwalić nazwę tego filmu w pamięci – jak tu bowiem przejść obojętnie obok takiego zdjęcia (i to z okularami, w porównaniu z którymi Lucasowska Gwiazda Śmierci to piłeczka golfowa):

PolowanieNaMuchyFotos

W sumie trudno nie dać wiary w to, że Włodek stracił głowę dla kobiety, która jest nie tylko oszałamiająco piękna, ale i pełna emanującej z niej uwodzicielskiej energii (proszę wybaczyć za karkołomne wyrażenia). Andrzej Wajda nie wahał się przedstawić swej bohaterki wręcz jako potworzycy, która w całości pożarłaby sławną na całym świecie księżniczkę-strzygę z wiedźmińskiego uniwersum. Szczególnie wyraźnie zostało to pokazane w scenie z upadłym rzeźbiarzem, zagranym fenomenalnie przez Daniela Olbrychskiego, który to niewydarzony artysta odchodzi na śmietnik emocjonalny Ireny, bo ta wymieniła go na lepszy model, który w przyszłości również zostanie szybko zużyty… Zastanawiam się, czy Andrzej Żuławski, współpracujący już wcześniej z Wajdą na planie „Popiołów”, nie wzorował się trochę na tym filmie w swym debiucie pt. „Trzecia część nocy” (także z dobrą rolą Braunek), bo mroczny finał „Polowań na muchy” wydawał się moim zdaniem zbliżony do stylistyki twórcy „Szamanki” – to zapewne przez podkład muzyczny niezrównoważonego… to jest, niezrównanego Andrzeja Korzyńskiego, który poddaje uszy widza przemyślanej z wdziękiem kakofonii. ;)

Krótko mówiąc, „Polowanie na muchy” to udana, skrząca się przewrotnym dowcipem komedia satyryczna, która w znakomity sposób naśmiewa się z wad współczesnej cywilizacji, która w rzeczywistości „niefilmowej” wypada niewiele lepiej. Warto zaznaczyć, że autorem scenariusza do „Polowania na muchy” jest Janusz Głowacki, który w następnym roku napisze następny skrypt do równie genialnego dzieła pt. „Rejs”. Oba filmy są niestety zasmucająco aktualne jeśli chodzi o stawianie diagnoz społeczeństwu (nie tylko polskiemu)…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *