NAJBARDZIEJ (NIE)POWAŻNY FILM WAJDY?

FilmSprzedaz

Zmierzch lat 60. zajmuje szczególne miejsce w dorobku Andrzeja Wajdy, wtedy to bowiem twórca „Pokolenia”, „Kanału”, „Lotnej”, „Samsona” czy „Popiołów” – filmów, których akcja ma miejsce w czasach dawniejszych – postanowił po raz kolejny zmierzyć się ze problemami teraźniejszości (a jak pokazał „Przekładaniec” – nawet i przyszłości!), tym razem jednak przyszło mu kręcić następny film w zupełnie innej sytuacji, niż kiedy realizował „Niewinnych czarodziejów” o sercowych przygodach warszawskiej młodzieży. W 1967 doszło do wydarzenia, które sprawiło, że Polska i świat w tragicznych okolicznościach pożegnały powszechnie cenionego artystę. 39-letni aktor, który zyskał nieśmiertelną sławę m.in. dzięki roli w „Popiele i diamencie”, poniósł śmierć 8 stycznia 1967, kiedy nieudana próba wskoczenia do odjeżdżającego pociągu zakończyła się zmiażdżeniem jego ciała pod kołami tej maszyny. Śmierć Zbigniewa „Zbyszka” Cybulskiego, bo takie były personalia gwiazdy „Niewinnych czarodziejów”, „Do widzenia, do jutra”, „Jak być kochaną”, „Rękopisu znalezionego w Saragossie” i wielu innych dzieł, wywołała szeroki oddźwięk ze względu na fakt, że Cybulski uważany był za żywy symbol dzięki charakterystycznej roli w „Popiele i diamencie”, która przyniosła mu uznanie na skalę nie tylko polską, ale i międzynarodową.

Gwałtowna śmierć Zbigniewa Cybulskiego stała się inspiracją do stworzenia dzieła, pomyślanego jako rodzaj hołdu dla tragicznie zmarłego artysty. Andrzej Wajda nie nakręcił jednak zwykłego filmu biograficznego, zresztą postać Cybulskiego jest tu fantomem, o którym wiemy tylko to, co o nim usłyszymy z ust innych bohaterów – nigdy w życiu nie widzimy go na oczy. Nie jest on też najważniejszym bohaterem „Wszystko na sprzedaż”, bowiem jego śmierć okazała się punktem wyjścia do tego, by pod mikroskopem Andrzeja Wajdy znalazł się szereg wielu innych postaci ze świata kinematografii. I uczynił to w tonacji bynajmniej niepomnikowej – już plansze tytułowe bombardują widza migoczącymi, kolorowymi napisami na pstrokatych tłach przy akompaniamencie żwawej muzyki Andrzeja Korzyńskiego. Nie wspominając już o samym tytule, którego wydźwięk jest niesłychanie prowokacyjny – cóż to znaczy „Wszystko na sprzedaż?”. Czyżby Wajda sugerował, że w świecie filmowców nie ma nic świętego, a jedyne, co ich interesuje, to pogoń za złotym cielcem sławy i zbytku? A może ich bezlitośnie uprzedmiotawia – może plansza tytułowa to w istocie telewizyjna reklama jakiegoś sprzętu AGD, gumy do żucia czy zabawek dla dzieci, do których Wajda bezlitośnie przyrównuje swoich kolegów ze świata sztuki?

Sarkastyczny, cyniczny, a może oskarżycielski tytuł filmu wybrzmiewa natarczywie, kiedy obserwujemy przebieg losów ekranowych postaci, które… są całkowicie utożsamiane z aktorami rzeczywistymi. Można dostać zawrotów głowy od skomplikowanych związków fikcji i rzeczywistości, którą mnie samemu trudno było nieraz rozróżnić. Otóż Andrzej Łapicki gra tutaj reżysera o imieniu Andrzej, który kręci film pt. „Wszystko na sprzedaż” (czyli pod imieniem Andrzej kryje się nie tylko aktor, ale i sam reżyser), a w jego filmie występują m.in. jego żona Beata (grana przez Beatę Tyszkiewicz) i żona nieobecnego aktora (czyli „Zbyszka”) – Ela (grana przez Elżbietę Czyżewską). Absencja niedoszłej gwiazdy „Wszystko na sprzedaż” sprawia, że tego aktora zastąpić Daniel (grany przez Daniela Olbrychskiego). Asystentem reżysera jest Witek (grany przez Witolda Holtza). Na planie pewnego filmu historycznego możemy z kolei zobaczyć pracującego jako dyżurny Wiesia (granego przez Wiesława Dymnego), zaś operatorem na planie „Wszystko na sprzedaż” jest Kostek (grany przez Andrzeja Kostenkę). Oprócz tego pojawia się jeszcze Bobek, którego odtwarza tutaj Bogumił Kobiela w pełnym pasji monologu.

Oczywiście jest wiele filmów, w którym postacie noszą takie same imiona, co aktorzy, tutaj jednak nie trudno się zorientować w celowości tego zabiegu, skłaniającego do przemyśleń na temat istoty filmu i jego wpływie na jednostkę. Oceniając film po warstwie zewnętrznej można by stwierdzić, że to ostra satyra na środowisko aktorów, który to zawód wykonuje większość widzianych we „Wszystko na sprzedaż” postaci. Przyznać trzeba, że Andrzej Wajda nie wahał się odmalować ich wizerunku jako dużych dzieci i niebieskich ptaków, którzy bez reszty oddają się niezbyt wyszukanym zabawom. Widać to w najlepszych scenach filmu, w których widzimy długie sceny tańców i wielką sekwencję niekończącej się jazdy na karuzeli, z której balowicze nie mogą zejść, gdyż Ela, która uruchomiła karuzelę, nie chce jej wyłączyć. Można w tym dostrzec preludium do nakręconego parę lat później arcydzieła pt. „Wesele”, warto też zaznaczyć, że karuzela pojawiała się już wcześniej w twórczości Wajdy i to w kontekście negatywnym. W „Pokoleniu” karuzela budziła pogardę wśród tytułowych bohaterów socrealistycznego dzieła z lat 50., bowiem Niemcy ustawili ją, aby odwrócić uwagę mieszkańców miasta od eksterminacji Żydów w getcie. Oczywiście to interpretacja idąca może aż nazbyt daleko, ale czy to urządzenie nie jest w obu filmach symbolem namiastki szczęścia, której celem jest dostarczanie błahej rozrywki kosztem prawdy i kontaktu z rzeczywistością…

Natomiast sceny podczas bankietu były nakręcone z wieloma zbliżeniami na twarze aktorów, które – w połączeniu z tytułem – przywołały mi na myśl powstałą w tej samej dekadzie sztukę Andy’ego Warhola, malującego duże portrety Marilyn Monroe… cóż za zbieg okoliczności! Czyż ona nie zginęła jak Cybulski? Przedwczesna, nienaturalna śmierć kobiety przed czterdziestką, która stała się symbolem kultury masowej? Tworząc portrety Normy Jane Mortenson Warhol dał wyraz swej fascynacji gwiazdami szklanego ekranu, ale też i udowodnił, że stają się oni w gruncie rzeczy przedmiotem, który można kupować i sprzedawać jak martwą rzecz. Czyli „wszystko na sprzedaż”. To również jest daleko idąca refleksja, bo Wajda niekoniecznie musiał znać twórczość awangardysty zza oceanu, jednak taka interpretacja daje nam sporo do myślenia, jeśli pragniemy spojrzeć na lata 60. z szerokiej perspektywy… Warto też podkreślić, że sztuczność i umowność świata przedstawionego jest widoczna m.in. wtedy, kiedy Ela zwraca się bezpośrednio w stronę widzów (albo przynajmniej to nam ma się tak wydawać, że doszło do naruszenia czwartej ściany i kontaktu z widzem „po drugiej stronie lustra”). I wyraża życzenie, aby wszyscy ją kochali – jakby celem życia istot na ekranie było właśnie tylko to! Abyśmy my je kochali (a ten warunek spełniam z wielką chęcią, bo uroda aktorek połączona z wysokim poziomem aktorstwa w tym filmie wgniata w fotel i potrafi góry przenosić xD).

Nawiasem mówiąc ja również lubię  portrety aktorów i tak jak Warhol chętnie je powielam... Ot, typowa filmoza. ;)

Nawiasem mówiąc ja również lubię portrety aktorów i tak jak Warhol chętnie je powielam… Ot, typowa filmoza. ;)

Interesującą kreację stworzył Daniel Olbrychski w roli Daniela, który pysznie bawi się w roli błazna grającego na skrzypkach pożyczonych od małego chłopca albo wykonującego rajd na motocyklu zakończony slapstickiem, który – nie wiedzieć, czemu – ubawił mnie do łez prostotą wyrażoną słowami Daniela („Juhuuuu… OŁĆ!”). We „Wszystko na sprzedaż” zawarta została scena, w której Daniel beztrosko ściga się z galopującymi samopas końmi, co ja odebrałem jako swoistą aluzję do „Popiołów”; tym razem koń nie służył do szaleńczych szarż ku uciesze wszechwładnego człowieka ani też nie trzeba go było dobijać w efektownych, ale kontrowersyjnych do dziś sekwencjach – koń stał się tutaj symbolem wolności i łączności człowieka z naturą. Wymowę tej sceny wzmacnia dosadna wypowiedź Beaty, która nie potrafi zrozumieć, dlaczego jedno zwierzę musi dosiadać drugiego. Nie chodzi tu jednak tylko o konie, bo przecież koń, jaki jest, każdy widzi, prawda ;)? Postać Olbrychskiego pozostaje w pamięci również z powodu kwestii, która pada z ust Daniela pragnącego zaszczepić w umyśle małego chłopca głęboką mądrość życiową: „Jak ktoś cię uderzy, to mu nie oddawaj, bo sobie palce połamiesz”. I to ma być Rafał Olbromski, ten niestrudzony romantyczny bojownik o niepodległość, który rzuca wszystko, by jego ojczyzna nie musiała już dłużej cierpieć pod zaborami trzech tyranii? Jak widać, wiele się od tego czasu zmieniło, także sposób rozumowania i system wartości, który od czasu nakręcenia „Wszystko na sprzedaż” chyba nie uległ aż nazbyt widocznej zmianie, czyż nie?

Ironiczna rewizja ideałów romantyzmu w XX-wiecznej rzeczywistości została również pokazana na przykładzie dziewczyny, która miała wyraźny problem z wyrecytowaniem przed Elą i Beatą wiersza „Do M***” Adama Mickiewicza (smutne to, ale też bym miał z tym problem :p). Jakby tego było mało, to Wajda odsłonił przed nami kulisy kręcenia historycznej superprodukcji, tak więc dostajemy się na plan filmowy, w którym widzimy np. filmowca swobodnie przechadzającego się po planie z tekturowymi skrzydłami. Po co? Sam nie wiem – może po to, aby nam powiedzieć, że cała kinematografia to jeden wielki pic, który w gruncie rzeczy jest pusty i bezwartościowy? Zauważyłem też pewien ciekawy fakt, choć już nie sądzę, by reżyser miał w sobie aż taki ogrom filmowej przenikliwości: w rolę milicjanta wcielił się Mieczysław Kalenik, błyszczący niegdyś jako Zbyszko z Bogdańca, który przez swą zbyt łatwą rozpoznawalność w roli lekkomyślnego rycerzyka stracił szansę na wielką karierę i został „przemielony” w rozmaitych epizodach. Gdyby tylko milicjant nazywał się Mietek! – wtedy otrzymalibyśmy rewelacyjny w swej innowacyjności trop filmowy: oto dawny idol prowadzi śledztwo w sprawie innego idola! Jakie to byłoby fenomenalne!!!

I tak mógłbym jeszcze długo wymieniać i rozwodzić się nad każdą wyłapaną w tym filmie ciekawostką, ale czuję, że chyba nie dam rady wymieniać tego wszystkiego, zresztą nie widzę powodu, by zdradzać coraz więcej fabuły – „Wszystko na sprzedaż” to prawdziwa gratka dla ludzi, którzy kochają kino „starej daty” (a przecież tak aktualnego i dzisiaj) i gotowi będą puścić się w wir szalonej zabawy, a jednocześnie i wielkiego dramatyzmu, jakim jest polska odpowiedź na „8 i pół” Federico Felliniego… no, dobra, może to określenie zbyt szufladkujące, jednak nie da się ukryć, że Wajda – podobnie jak tamten włoski reżyser – stworzył film wyjątkowy w swej karierze, po którym przyszła jeszcze perełka w postaci „Przekładańca” oraz „Polowanie na muchy”, którego nie widziałem, ale po nim niestety Wajda już nie nakręcił żadnej komedii (z wyjątkiem ekranizacji Fredrowskiej „Zemsty”). A szkoda, bo trzeba przyznać, że miał wyczucie w łączeniu elementów wywołujących śmiech z poważną refleksją na temat ludzkiej natury i miejsca człowieka we współczesnym świecie.

=====

Na koniec parę odnośników:
* KLIKNIJ W TEN LINK, JEŚLI CHCESZ ZOBACZYĆ CAŁY FILM NA STRONIE NINATEKA.PL
* ETIUDA JACKA BROMSKIEGO PT. „ANIELE BOŻY, STRÓŻU MÓJ” Z 1977 NA STRONIE FILMPOLSKI.PL – INNY PRZYKŁAD DOBREGO WYKORZYSTANIA MOTYWU KARUZELI W FILMIE

5 comments on “NAJBARDZIEJ (NIE)POWAŻNY FILM WAJDY?

  1. W tym pierwszym obrazku Kobiela taki mindblown. :)

    „Wszystko na sprzedaż” uwielbiam z wielu powodów, ale ten film nie byłby aż tak wybitny gdyby nie to wszechobecne mieszanie rzeczywistości z filmem (i to wszystko wewnątrz filmu!), burzenie czwartej ściany.

    No widzisz, i zgadzasz się ze mną jeśli chodzi o wajdowskie komedie. Nie było ich wiele, ale za to w wielu filmach dramatycznych pojawiały się elementy komediowe. Teraz mi się przypomina „Ziemia obiecana”, gdzie szczególnie dużo śmiesznych momentów było z Morycem. ;)

    Powinieneś koniecznie zobaczyć „Polowanie na muchy”, na wiele sposobów to podobny film do „Wszystko na sprzedaż” (chociażby w satyrycznej i komediowej wymowie), chociaż jest jednak trochę mniej wybitny i nie aż tak oryginalny.

  2. „Polowanie na muchy” jest też świetne pod względem aktorskim; na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Małgorzata Braunek, ale jest tam też świetny i bardzo zabawny epizod z Olbrychskim. :)

  3. No, tak, zapomniałem o „Ziemi obiecanej”, która była takim staropolskim „Wilkiem z Wall Street” (xDDD). „Polowanie na muchy” obejrzę z pewnością, bo chciałbym zobaczyć M. Braunek w mniej poważnej roli, niż w „Potopie” czy „Trzeciej części nocy” (a i pewnie z „Lalki”, choć serial obejrzę, jak skończę wreszcie czytać książkę Prusa).

    1. Jeszcze nie przeczytałeś „Lalki”? :) Moim zdaniem to jedna z lepszych lektur szkolnych, choć nie zawsze łatwo się czyta. Ogólnie moje ulubione lektury czytało się raczej trudno. :)

      1. Zostało mi z 200 stron do końca „Lalki”, więc już niedługo będę mógł się zabrać za jej adaptacje. ;) Książka rzeczywiście jest bardzo dobra, ale to dlatego, że mogę ją przeczytać w spokoju, a nie z nawałem zajęć, jak poprzednio. A „Polowanie na muchy” już obejrzałem i mam w planach recenzję, tylko najpierw chciałbym napisać artykuł o utworach muzycznych Wojciecha Kilara. Teraz na vod.pl oglądam filmy Andrzeja Wajdy, więc można powiedzieć, że reaktywowałem „Wajdoskop”. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *