NOC LISTOPADOWA (1978, reż. Andrzej Wajda – spektakl TV)

Teatr? A co to? Pierwsze słyszę.

Niestety, nie mam zbyt wielu doświadczeń, jeśli chodzi o tę gałąź kultury, jaką jest ta znana już od czasów starożytności. Chodziłem na różne widowiska organizowane dawniej przez szkołę, ale w pełni świadomych i dojrzałych doświadczeń mam niewiele. Coraz częściej myślę jednak, że warto poświęcić więcej czasu tej pramatce filmu i jednej z najstarszych gałęzi sztuki w historii. Spektakle są mniej znane niż filmy, które przemawiają do wyobraźni milionów ludzi, dlatego też mogą mieć bardziej elitarny charakter. Poza tym w teatrze najważniejsi są aktorzy oraz dialogi i to na nich skupiamy całą swoją uwagę, nie zaś na wielu elementach, którymi film musi przyciągać uwagę widza.Moje pierwsze spotkanie z czymś takim, jak teatr TV miało miejsce 4 kwietnia 2016. Zapamiętałem tę datę, bo w marcu w ramach Wielkiego Postu narzuciłem sobie żelazną dyscyplinę i nie oglądałem niczego ze względów religijnych. Wielki Powrót rozpocząłem niekonwencjonalnie, bo zamiast filmu, wypożyczyłem spektakl. Spodziewałem się naprawdę wielkiej przygody po tytule „Noc listopadowa” (a także nazwisku reżysera, którym był Andrzej Wajda). Wiedziałem, że ta sceniczna adaptacja dramatu Stanisława Wyspiańskiego (którego Wajda doskonale interpretował, co udowodnił nam chociażby w „Weselu”) dotyczy wydarzeń historycznych, w których doszło do iście sensacyjnych wypadków – młodzi polscy żołnierzy postanowili wyruszyć na rezydencję wielkiego księcia Konstantego (uosabiającego znienawidzony reżim) i dokonać na niego zamachu, który doprowadził do wybuchu powstania listopadowego.

To, co zobaczyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że można tak opowiadać o historycznych wydarzeniach! Gdybym miał określić to widowisko jednym zdaniem, powiedziałbym: „Oto polski Percy Jackson!”… chociaż nie, to brzmi obrazoburczo i populistycznie. Trzeba poświęcić więcej słów na to, by określić, do jakich źródeł postanowił odwołać się Wyspiański, a później jego adaptator. Autor sztuki wpadł na pomysł, który sprawia wrażenie banalnego, lecz kto by wcześniej czy później ośmielił się uczynić z genezy powstania listopadowego tragedię antyczną z interwencjami greckich bogów? Brzmi nawet niegroźnie, ale może też ściągać gromy ze strony od tradycjonalistów – no bo jak to tak: wciskać pogańskie bałwany do dziejów męczeństwa polskiego patriotyzmu i katolicyzmu? A jednak ten chwyt zadziałał i posłużył do przedstawienia monumentalnej opowieści o wyborze między dobrem a złem i konflikcie uniwersalnych wartości.

„Noc listopadowa” przypomina superprodukcję z prawdziwego zdarzenia, jakby to nie był jakiś tam teatr telewizyjny, tylko obraz nakręcony z rozmachem. Zastosowana tu formuła musicalu – nawiązująca do koncepcji starożytnego chóru – sprawiała, że monitor, na którym oglądałem tamtego dnia „Noc listopadową”, mógł w każdej chwili wylecieć w powietrze od nagromadzenia zawartych w śpiewie emocji. Robiło to wrażenie np. w scenie, w której poznajemy sprawców tytułowego wydarzenia – tłum młodych podoficerów na czele z Piotrem Wysockim (granym przez Jerzego Stuhra). Inną niezwykłą sceną było spotkanie Józefa Chłopickiego z Ateną, która zmusiła go do udziału w karcianej grze, mającej rozstrzygnąć losy nadchodzącego zrywu. Zawodzący głos Barbary Bosak do dziś odbija się echem w mej głowie, bowiem doskonale pamiętam moment, kiedy wykrzykuje do Chłopickiego: „Przegrałeeeeeeś!”. Także pożegnanie Kory (Anna Dymna) przez swą matkę Demeter (Zofia Jaroszewska) zostało nie tylko znakomicie zagrane, ale i okazało się wstrząsającą metaforą polskiego tragizmu: jak Kora musiała stać się Persefoną, więźniarką krainy zaświatów, tak młodzi polscy mężczyźni musieli poświęcić swoją przyszłość na rzecz walki w imię ojczyzny, a ich krótkie życie i czas beztroski miały się szybko skończyć…

W „Nocy listopadowej” po raz pierwszy dowiedziałem się, że jest ktoś taki jak Jan Nowicki. Wcześniej widziałem go chociażby w „Lawie. Opowieści o Dziadach Mickiewicza”, ale tam pomyliłem go z Markiem Kondratem (dziś nie popełniłbym takiego błędu! :p). Po obejrzeniu spektaklu wiedziałem już, że nie prędko nie zapomnę kogoś takiego, jak Nowicki – trudno bowiem przejść obojętnie obok jego wielkiej roli. Aktor wcielił się w negatywnego bohatera polskiej historii, jakim był niezrównoważony okrutnik Konstanty Pawłowicz Romanow, wielki książę i naczelny wódz armii Królestwa Polskiego. Profesjonalni historycy pewnie by sarkali z groteskowości gry Nowickiego, ten profesjonalny aktor nie waha się jednak, by w każdej minucie swego występowania pokazywać nam szereg najrozmaitszych dziwactw wielkiego księcia, przy którym Batmanowski Joker to pan psycholog ze szkolnej poradni. Wielki książę staje się małym, pokątnym księciuniem, który wysuwa język na całą długość w rozmowie z jednym z oficerów i wydaje z siebie wielce nieartykułowany dźwięk. W „Nocy listopadowej” podkreślono komiczny aspekt szaleństwa, co nie pomniejsza jednak faktu, że na płaszczyźnie filmowej mamy do czynienia z satrapą mogącym konkurować z tytułowym bohaterem „Ostatniego króla Szkocji”.

Wszystkie te zabiegi posłużyły do tego, by nie tylko dokonać współczesnej interpretacji dramatu Wyspiańskiego, ale i przybliżyć widzom refleksję nt. natury człowieka, który walczy o to, by nie zostać zniszczony przez ogrom otaczającego go zła. Wajda użył również autoironicznego komentarza, w którym pojawił się motyw świata teatru – androgyniczny reżyser (który jest mężczyzną w garniturze i z wąsami, ale gra go Zofia Niwińska) krząta się za kulisami, aby dopiąć na ostatni guzik spektakl z tańczącymi satyrami. Tak jakby prawdziwy reżyser próbował nam powiedzieć, że mamy do czynienia ze skrajnym szaleństwem, które może być trudne do sensownego odczytania. I rzeczywiście, później polscy powstańcy strzelają do powozu, spodziewając się w ten sposób ukarania zdrajcy – polskiego oficera. A jednak nie są do końca przekonani co do słuszności swojego czynu – czy bowiem godzi się atakować własnych rodaków w imię wyższego celu? Wydaje się, że jedynym zwycięzcą jest Walerian Łukasiński (Janusz Kijowski), męczennik szlisselburski, którego widzimy na końcu w jednej z najpiękniejszych scen, jakie zrodzić się mogły w polskiej wyobraźni patriotycznej (a która była przy okazji autentyczna). Ale każdy, kto zna historię, wie, że jego zwycięstwo było w istocie straszliwe…

Podsumowując, „Noc listopadowa” to wybitne dzieło polskiego teatru, w którym Andrzej Wajda po raz kolejny udowodnił, że duchy wywołane przez Wyspiańskiego cały czas krążą wśród nas i nieustannie konfrontują nas z coraz to trudniejszymi dylematami…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *