CIAŁKO DO CIAŁKA AŻ ZBIERZE SIĘ MIARKA (PRZEKŁADANIEC, 1968, reż. Andrzej Wajda)

Jak daleko może posunąć się współczesna medycyna i czy można nad nią zapanować, aby nie wymknęła się spod kontroli? Andrzej Wajda, kręcąc u schyłku lat 60. adaptację opowiadania Stanisława Lema, chyba jedyny raz w życiu otarł się o specyficzny gatunek, jakim jest fantastyka naukowa, a i to w niedługiej, bo ponad półgodzinnej, formie. Krótki czas trwania nie stanowi jednak przeszkody zarówno dla przekazu, jak i niebanalnych środków wyrazu, które zmuszają nas do refleksji iście tragikomicznej, obcujemy bowiem z fabułką o pechowym kierowcy rajdowym, nieustannie ulegającemu wypadkom podczas brania udziału w wyścigach i poddawanemu przez to coraz bardziej skomplikowanym operacjom chirurgicznym. Nie jest to jednak jedyne źródło kłopotów głównego bohatera, bowiem okazuje się, że jego „casus” ma także charakter prawny – ponieważ przeszczepiono mu narządy jego zmarłego brata, staje się formalnie… ojcem jego dzieci i powstaje pytanie, czy będzie musiał łożyć na ich utrzymanie czy też nie, i tak dalej, i tym podobnie, a tytułowy przekładaniec wydaje się być metaforą piętrzących się problemów, z którymi niezbyt lotni przedstawiciele ludzkości usiłują sobie poradzić, ale galopujący postęp przejawiający się głównie w rozwoju technologicznym paradoksalnie nie pomaga im w tym, a tylko te problemy generuje!

W rolach głównych obsadzono prawdziwych mistrzów polskiego aktorstwa. W roli nie do końca zrównoważonego rajdowca wystąpił komiczny do szpiku kości Bogumił Kobiela, partneruje mu natomiast Ryszard Filipski (przyszły Hubal-Piłsudski) jako prawnik próbujący racjonalnie rozwikłać gordyjski węzeł przypadków swego wiecznie poturbowanego klienta. Kreacja Kobieli jest tym bardziej wyrazista, im częściej zachowuje on rażącą niepowagę w stosunku do wydarzeń, w których bierze on udział, a także do świata przedstawionego, który podsumowuje jednym zdaniem (żeby nie powiedzieć „one-linerem”): „Kupa wariatów!”, poprzedzonym dość groteskowym rechotem. Same wypadki podczas wyścigów zostają pokazane w komiksowych obrazkach, które sugerują nam, że dla bohatera Kobieli, w niewielkim stopniu przejętego swoją sytuacją, wszystko wydaje się być sztuczne i nierealne, a także wywołuje pusty śmiech. Tak naprawdę jednak obserwujemy powolny upadek człowieka, który zostake poddany procesowi utraty tożsamości w odhumanizowanym świecie. Futurystyczna wizja Lema i Wajdy budzi nader pesymistyczne myśli, ostrzegając nas przed materializmem, który może zawładnąć ludzką cywilizacją (a może już tak się stało, tylko nie jesteśmy już w stanie zauważyć patologicznych aspektów tego systemu?). „Przekładaniec” to także zjadliwa satyra na pozytywizm biurokracji, który zakłada, że aby społeczeństwo sprawnie funkcjonowało, należy wszystko dokładnie uregulować ciężarówkami papierowych przepisów, których nadmiar sprawia, że nic się nie da zrobić, nie mówiąc już o ogromnym labiryncie nakazów, zakazów, praw, obowiązków i rozmaitych kruczków prawnych, których żaden człowiek nie zdołałby ogarnąć swoim umysłem.

Podsumowując to wszystko, „Przekładaniec” w zwięzłym stylu wyśmiewa niezdolność człowieka do zachowania kontroli nad gwałtownym postępem cywilizacyjnym, który szybko zmienia się w bałagan prowadzący do destrukcji jego twórcy…

4 comments on “CIAŁKO DO CIAŁKA AŻ ZBIERZE SIĘ MIARKA (PRZEKŁADANIEC, 1968, reż. Andrzej Wajda)

  1. Nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że „Przekładaniec” to jeden z moich ulubionych filmów Wajdy. Pewnie, porusza on raczej ważkie tematy, ale mimo wszystko w moim poczuciu jest to komedia, co prawda niespotykanie groteskowa i ironiczna, ale jednak zabawna. Jak zresztą chyba wszystko, w czym występował Bogumił Kobiela (no, może we „Wszystko na sprzedaż” i „Eroice” były to to raczej poważne role, ale wszystkie inne…). Szkoda, że Wajda nie robił więcej komedii, bo druga, którą zrealizował – „Polowanie na muchy” – również mocno satyryczna, także należy do moich ulubionych, a bardzo lubię też elementy komediowe zawarte w jego poważnych filmach, np. w „Ziemi obiecanej”.

  2. Spodziewałem się, że odpowiesz! ;)

    Może to i lepiej, że Wajda nie robił komedii, bo wyszłoby mu coś takiego, jak jego koledze po fachu, którego „masakrę” miałem nieszczęście recenzować (tak jak dawniej zrobił to autor „poliszmuwi”). A sam film jest aktualny do dzisiaj, choć ma tak specyficzny klimat, że wielu odbiorców może czuć się nieco zakłopotanych. Ja sam nie do końca rozumiem, dlaczego rajdowiec wybuchał takim dziwnym śmiechem, ale uznałem, że miał w sobie coś z wariata. ;) Z innych adaptacji dzieł Lema ciekawy był „Test pilota Pirxa” Marka Piestraka, „Solaris” z Clooneyem był zaś moim zdaniem… taki jakiś beztreściowy…

    Żałujesz, że Wajda nie stworzył później żadnych komediowych dzieł, a ja byłbym jednak ciekaw, jak wyglądałyby jego dokonania na polu fantastyki naukowej. To by było dopiero interesujące! Ale niestety – nigdy już się tego nie dowiemy. ;(

    1. Nie mówię, że żałuję, że nie stworzył potem żadnych komedii, bo potem (np. w latach 90.) faktycznie mógłby powstać jakiś koszmarek. Natomiast szkoda, że jeszcze jakaś komedia nie powstała w okresie największej świetności Wajdy, tzn. w latach 60. i 70. Naprawdę polecam „Polowanie na muchy”, to raczej nietypowe dzieło jak na Wajdę (jak zresztą „Przekładaniec”), odnoszę wrażenie, że mogłoby Ci się spodobać. ;) Jego film SF na pewno też byłby co najmniej ciekawy, no ale on raczej obracał się w innych klimatach.

      A jeśli chodzi o ten śmiech, to po prostu przeszedł razem z przeszczepami z jednego brata na drugiego, jestem pewien, że to o to chodziło. :D Tak samo jak pierwiastki psie i kobiece od pozostałych „dawców”. A co ciekawe, brat Foxa w filmie był grany przez prawdziwego, rodzonego brata Kobieli. :) A taki w ogóle do niego niepodobny…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *